czwartek, 14 listopada 2013

10.

Moja reakcja była natychmiastowa. Wypchnęłam Dimę za drzwi i zamknęłam je, nie zerkając nawet na jego twarz.
  - Co ty tutaj robisz?! Skąd wiesz gdzie mieszkam?!
  - Chciałem spędzić z tobą święta. - dalej szczerzył się jak idiota.
  - Przestań. To nie jest temat do żartów. Nie powinno cię tu być. Nie powinieneś być w moim życiu. Dla swojego bezpieczeństwa. - zwiesiłam głowę.
  - Chyba nie myślisz, że boję się tego dupka. - palcami chwycił mój podbródek, żeby zajrzeć mi w oczy.
  - Nie wiem. Nic już nie wiem... Dalej nie wierzę w to, co się dzieje...
  - Prosiłem cię, żebyś nie wyjeżdżała. Zobacz, jak wiele dobrych rzeczy wydarzyło się przez te dwa miesiące. Jeżeli jedynie praca trzyma cię w Biełgorodzie, to jest to dobry powód, żeby tam wrócić. - Pan Zajebisty zabrał się za udzielanie rad.

Patrzyłam się na niego i zupełnie nie ogarniałam sytuacji. Jest Wigilia, jestem w Polsce i stoję z Dmitrijem na klatce schodowej.
  - Wpuścisz mnie do środka, czy będziemy tak stać do rana? - wybudził mnie z zamyślenia.
  - Dima! Są święta! Co ja powiem rodzicom? Że kim jesteś? „Och, mamo, tato... mój kolega z Rosji przypadkiem znalazł się w Krakowie. Czy może spędzić z nami święta?” Oni nie są głupi...
  - Powiedz im, że jestem twoim facetem. - znów się szczerzył.
  - TO NIE JEST ZABAWNE! - krzyknęłam na niego i walnęłam pięścią na wysokość jego piersi, ale puchowa kurtka zamortyzowała uderzenie.
  - Przepraszam bardzo, czy długo masz zamiar sterczeć na tej klatce? - w progu stanęła moja mama. - Och, kim jest ten przystojny mężczyzna? - uśmiechnęła się na widok przyjmującego.
  - Mamo, to...
  - Jestem chłopakiem pani córki. - wszedł mi w zdanie zanim cokolwiek zdążyłam miałknąć. - Dmitrij Iljinych. Jestem siatkarzem i bardzo mi miło. - powiedział po polsku i ucałował dłoń mojej rodzicielki.
Ciekawe, kiedy nauczyłeś się polskiego, ty przebrzydły kłamliwy chuju. Teraz muszę ciągnąć te gierkę. Co za łajza.
  - Niunia, dlaczego nic nie powiedziałaś? Chciałaś go przed nami ukrywać? - mama nie kryła zdziwienia, ale też radości
  - Nie takie były plany. - odburknęłam niezadowolona.
  - Chodźcie lepiej moje dzieci. Kolacja stygnie. - tym razem to mama wepchnęła nas z powrotem do mieszkania.

Dżoana i Dima chyba podpisali jakiś niemy pakt porozumiewawczy. Nie wiem, które z nich miało bardziej debilny wyraz twarzy. Jedno uśmiechało się przez drugie i wesoło rozmawiali. Na bank mnie obgadują. Mendy! Rodzice i mama Aśki też mieli wybitnie dobre humory. Tylko ja siedziałam z totalnym poker face'm. Co tu się kurwa dzieje? Co to za atmosfera? Jego nie powinno tu być.
  - Chyba muszę się napić. - gwałtownie podniosłam się od stołu, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
  - Tylko nie wypij tyle, co ostatnio. - Dima spojrzał na mnie znacząco.
  - Natalko, o czym on mówi? - tato chyba za bardzo zainteresował się tematem.
  - Właśnie tak zaczęła się nasza znajomość... - Rosjanin zaczął opowieść.

Zajebiście. Pan Mądrala przytoczył całą historię, siedzącej przy stole rodzinie. Całe szczęście, że pominął tak istotne fakty jak to, że spałam z nim w łóżku po imprezie firmowej, bo byłam tak bardzo pijana, no i że mieszkałam z nim przez ostatni czas, bo zalało mi chatę. Moja mama by tego nie przeżyła. Ani słowem też nie wspomniał o spotkaniu z tym popierdoleńcem, który za wszelką cenę chce zniszczyć mi życie.
  - Kochanie, nie spodziewałam się, że tak szybko się pozbierasz i znajdziesz sobie kogoś fajnego. - moja mama wzięła mnie na spytki. - Wygląda na dobrego człowieka...
  - Bo taki jest. – uśmiechnęłam się.
Mamo, nawet nie wiesz, ile mu zawdzięczam...

Stałam na balkonie, wpatrując się w krakowską panoramę. Gruby sweter nie chronił przed zimnem, płatki śniegu topiły się w moich włosach. Jednak chyba lepiej nie mogłam sobie wymarzyć tego wieczoru. Co za wariat...
  - (...) Now let's see if you believe in me...” - Dima usiłował naśladować głos Michael'a Buble, śpiewającego „Santa baby”. Zachichotałam. Czując jego oddech na karku poczułam dreszcz. Na plecy narzucił mi kurtkę. Objął mnie w pasie i przytulił od tyłu, opierając swój podbródek na mojej głowie. Mój żołądek tańczył chyba quick stepa z radości.
  - Weź ten ciężki łeb. - prychnęłam. - A w ogóle to jakim prawem się do mnie przytulasz? - dalej stałam nieruchomo.
  - Czy ty nawet w święta nie możesz być miła? - złapał mnie za ramiona i obrócił do siebie. - Właśnie po to leciałem te kilka tysięcy kilometrów. Żeby zobaczyć ten uśmiech. - jego usta spoczęły na moich.
Czy to jak tak drżałam? Czy może on? W każdym razie, to był najprzyjemniejszy świąteczny pocałunek. Smak Dimy i spadające płatki śniegu. Są święta. Wyłączam myślenie o złych rzeczach.
  - Wesołych świąt. - powiedział jeszcze raz.
  - Nie mam dla ciebie prezentu. - wymamrotałam. - W sumie to jestem całkowicie usprawiedliwiona – po prostu ciebie miało tu nie być.
  - Gdybyś nie dodała tego drugiego zdania, to jak na prawdziwego romantyka przystało mógłbym rzucić, że to ty jesteś moim prezentem. Ale niestety.... wypiżdżaj coś kupić. - zaśmiał się.
  - Dima, dlaczego nie powiedziałeś mi, że znasz trochę polski?
  - Bo nie pytałaś? I nie „trochę”. Znam go całkiem nieźle. Tylko rosyjski akcent trochę mi przeszkadza. Wolę słuchać i czytać, niż mówić.
  - Skoro już tak grzecznie odpowiadasz na moje pytania, to odpowiedz szczerze... Dlaczego tu przyleciałeś? - wpatrywałam się w jego ciemne oczy z bardzo poważną miną.
  - Bo...
  - Dzieci... wejdźcie do środka, bo zaraz całkiem już was zasypie. Asia podgrzała kompot z suszu. - na balkonie pojawił się mama Dżoany, zostawiając gar z bigosem. Dima korzystając z okazji wymigania się od odpowiedzi, ruszył za nią do kuchni.
Cholera, no i chuj się dowiedziałam...

Chyba mama bardzo polubiła Dymę. - pomyślałam, kiedy matka dreptała przed nami zanosząc świeżo przebraną pościel do mojego pokoju. Złamię jej serce, jeśli się dowie, że udajemy... Zresztą moje też rozpadnie się na milion kawałków. A może nie udajemy? Kurwaaaaaaaa!
  - Czy ta ściana jest brudna, że tak intensywnie się w nią wpatrujesz? - tym razem, to głos mamy wybudził mnie z zamyślenia.
Wzięłam od niej pościel i zaczęłam ścielić łóżko. Cholera. Znów muszę z nim spać. Hehe, nie udawaj, że cię to nie cieszy. - ta sprośna część mnie zacierała rączki.
  - Już wiem po kim jesteś taka miła. - Dima odezwał się, kiedy mama wyszła z pokoju. - Im bardziej wam na kimś zależy, tym bardziej opryskliwe jesteście.
  - Myślisz, że jestem dla ciebie opryskliwa, bo cię kocham? - zaśmiałam się. KURWA!
  - A kochasz? - jego wzrok świdrował mnie teraz na wylot.
  - Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. Nienawidzę tego. - rzuciłam w niego poduszką. - Śpię od ściany! Jak będziesz chrapał, to wierz mi, że nawet święta nie uratują cię przed tym, że bez skrupułów skopię cię z łóżka. Zrozumiano panie Iljinych?

Pierwszy dzień świąt spędziliśmy w tym samym gronie. Udawanie pary przychodziło nam z łatwością. Już sama Dżoana chyba zaczęła gubić się w tym wszystkim, ale widząc, że uśmiech gości mi na twarzy przez 80% czasu, zdawała się tym nie przejmować. Ja sama też już się pogubiłam w tym, co jest grą...
  - Kiedy wracasz do Rosji? - spytałam, kiedy wieczorem spacerowaliśmy w okolicach Sukiennic.
  - Hm. Mam nie wracać dopóki nie załatwię swoich prywatnych spraw. Trener nie dopuści mnie do treningów, jeśli moje myśli będą skupiać się na czymś innym... A raczej na kimś...
  - Na kimś? - zainteresowałam się.
  - Cholera. Nie mogę ci powiedzieć. - pierwszy raz zobaczyłam zakłopotanego Dimę. Policzki mu się zaróżowiły. Nie wiem czy z zawstydzenia czy od mrozu i lekko prószącego śniegu.
  - Co to za tajemnice? Nie lubię, kiedy ktoś rozwija temat i nagle mówi „nie mogę ci powiedzieć”. Trzeba było oznajmić mi tylko konkretną datę, a nie zapętliłeś się w jakieś tłumaczenie się... - lekko się zirytowałam.

Dmitrij zatrzymał się. Ręką zmierzwił swoje włosy, strzepując z nich śnieg. Odwrócił się twarzą do mnie i złapał obie moje dłonie w swoje.
  - Natasza... Kocham cię. Wróć ze mną do Rosji...



Merry Christmas! :D:D hehe, przepraszam za ten iście świąteczny rozdział na półtora miesiąca przed Bożym Narodzeniem. Ach no i pardone, że nadal krótko piszę. ;) buziaczki! ;*

piątek, 8 listopada 2013

9.



Ręce mi się trzęsły, kiedy podawałam dokumenty kobiecie, która obsługiwała mnie przy odprawie. Dziwnie na mnie spojrzała. Może myślała, że jestem alkoholiczką? Ciągle zastanawiałam się, dlaczego ten dupek nie raczył się ze mną pożegnać. W końcu coś między nami zaszło i chociażby to idiotyczne „trzymaj się” mógłby rzucić, kiedy wychodził rano z domu. Dziewczyno, ciebie to już do reszty popierdoliło? Pewnie złamałaś mu serce, a jeszcze domagasz się pożegnania? Jesteś diabłem a nie człowiekiem. Wybudziłam się z zamyślenia.
Ostatni raz obejrzałam się za siebie, z nadzieją, że ujrzę gdzieś tę znajomą ponad dwumetrową postać, a potem z bólem rozdzierającym moją duszę na milion kawałków, poddałam się przeszukaniu na bramkach i znalazłam się w strefie dla pasażerów oczekujących już bezpośrednio na lot…


Kurwa mać. Gdzie ten jebany lot do Moskwy? Jak debil przyglądałem się tablicy odlotów, nie mogąc znaleźć informacji, która najbardziej mnie interesowała. JEST! Lot numer 766.
- Przepraszam bardzo, czy lot 766 do Moskwy został już odprawiony w całości? – zapytałem jakiegoś faceta siedzącego w informacji. Z frustracji stukałem palcami o blat okienka, przy którym siedział.
- Chwileczkę, muszę sprawdzić. – odpowiedział cały czas gapiąc się w monitor. – Tak. Wszyscy pasażerowie za chwilę będą przedostawać się na pokład samolotu. Niestety nie ma żadnych wolnych miejsc. Następny lot do Moskwy jest za 2 godziny. – uśmiechnął się.
- Kurwaaaaa!!!! Spóźniłem się!!!!! – zakląłem. – Yyyy… przepraszam. to nie ma z panem nic wspólnego. – od razu przeprosiłem pod naporem krzywego spojrzenia mężczyzny.

Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa. Wszystko stracone. Mogłem od razu jechać na lotnisko, a nie żalić się Wadimowi. Co tu teraz robić? Jedyne sensowne rozwiązanie, jakie przychodziło mi do głowy, to lecieć za nią, ale miałem zobowiązania klubowe. Przed drużyną ważne mecze… Jak się pierdoli, to wszystko na raz.
- Halo? Wadim? Kurwa, nie zdążyłem. Ona jest już na pokładzie samolotu… - wyżalałem się kumplowi jak jakaś panienka.
- I co teraz? Masz jakiś genialny pomysł, Romeo? – nabijał się ze mnie.
- Nie wkurwiaj mnie nawet. Jedyne, co przychodzi mi teraz do łba, to lecieć za nią, ale sam wiesz, że Biełgorod czekają ważne mecze, do których musimy się porządnie przygotować. U nas święta dopiero za dwa tygodnie…
- Nikt nie mówił, że życie jest proste. Trzeba było umawiać się z czirliderkami. One wszystkie tak chętnie pakują się wam do łóżek. – nie mam pojęcia, co na celu miał szef Nataszy, doprowadzając mnie na skraj obłędu.
- Wadim, do kurwy nędzy… Czy ty nie możesz choć przez chwilę być poważny? Nie takich rad potrzebuję…
- Oczywiście, że mogę, tylko usiłowałem ci przez to powiedzieć, że musisz sam nauczyć się rozwiązywać swoje problemy. Co mam ci doradzić? Żebyś porozmawiał z trenerem i leciał za nią do Polski? Jeszcze potrzebujesz błogosławieństwa? To ja się zadurzyłem czy ty?– spoważniał.
- Dzięki Wadim. Wiedziałem, że na ciebie zawsze mogę liczyć. – odparłem.
- Bracie, ale cię wzięło… - rozłączył się.

Nie pozostawało mi nic innego, jak zadzwonić do naszego trenera. Wykręcając się problemami rodzinnymi, poprosiłem o kilka dni wolnego, żebym mógł wyjechać. O dziwo, trener nie miał większych oporów, chociaż nasłuchałem się nieźle, jaką to jestem podporą dla zespołu i muszę wyprostować swoje sprawy, żebym mógł w stu procentach skupić się na grze i celach postawionych przez drużynę. Wszystko to brzmiało tak, jakby trener coś wiedział. Mam nadzieję, że Wadim się nie wygadał, bo inaczej zabiję tego skurwiela. Tego jeszcze brakowało, żeby wszyscy się dowiedzieli, jakim jestem życiowym nieudacznikiem. Nie miałem przy sobie żadnych rzeczy, prócz torby treningowej. O tyle dobrze, że z przyzwyczajenia nosiłem przy sobie paszport. Wadim smsem przesłał mi jej krakowski adres. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Tak zaaferowałem się całą tą sytuacją z podróżą, że całkiem nie zarejestrowałem faktu, że ona w tym Krakowie musi gdzieś mieszkać. Mam nadzieję, że dogadam się z taksówkarzem. Kupiłem bilet na najbliższy lot do Moskwy, a stamtąd do Krakowa i w zniecierpliwieniu patrzyłem na zegar. Obym tylko zdążył na wigilijną kolację…


Wysiadając na lotnisku w Krakowie czułam się lekka jak piórko. Zupełnie, jakby odpłynęły ze mnie wszystkie uczucia i emocje. Nie cierpię lotów z przesiadkami, ale nie da się tutaj dostać inaczej. Dzięki Bogu za 3 godziny różnicy w czasie. Ciekawe, jak tam Dmitrij. Kurwa, przecież miałam o nim nie myśleć…
- Natalaaaaaaaa!!!!! Tutaaaaaaaaaaaj!!!!! – usłyszałam uradowany głos Aśki.
Rzuciłam się z rękoma na przyjaciółkę i rozpłakałam jak dziecko. Dżoana mocniej mnie przytuliła.
- No, nie spodziewałam się, że aż tak bardzo tęskniłaś. – zaśmiała się i klepnęła mnie w łopatkę.
- Głupia. Chciałabyś! – ja również uśmiechnęłam się przez łzy. – Znowu wpadam na gotowe, co?
- Pewne rzeczy się nie zmieniają. Nasi rodzice już są. Nie mogę uwierzyć, że mało brakowało, a te święta spędziłybyśmy oddzielnie. Przynajmniej są jakieś plusy z tego, że Skurwiel znów dał o sobie znać.
- Dżoana, co ty w ogóle mówisz… - spiorunowałam ją wzrokiem.
- Wiem, przepraszam… Ten mój suchy humor. – cmoknęła mnie w policzek. – Chodźmy lepiej, bo w domu wszyscy już się niecierpliwią. Specjalnie nie ubierałam choinki, bo wiem, że to twoje ulubione zajęcie. – popchnęła mnie w stronę wyjścia z lotniska.

W domu robiłam dobrą minę do złej gry. Rodzice przemaglowali mnie od góry do dołu, zasypując pytaniami o pracę, o znajomych w pracy, czy mi się tam dobrze żyje, czy to prawda, że wszyscy chodzą wiecznie pijani, a na ulicach unosi się odór spirytusu. Niestety nie zabrakło pytania o to, czy nie zakręcił się koło mnie jakiś porządny mężczyzna.
- Dajcie jej wreszcie spokój. Męczycie ją od ponad godziny. Nie widzicie, że jest zmęczona po podróży? – mama Dżoany próbowała przemówić moim rodzicom do rozsądku.
- No właśnie. Są święta. Cieszmy się tym czasem, który możemy wspólnie spędzić. Nie chcę myśleć teraz o pracy, ani o Rosji. Rosja to Rosja, a tu jest Polska. – odpowiedziałam. Ale ze mnie świetna aktorka.
Przygotowania do wigilijnej kolacji szły pełną parą. Ta świąteczna atmosfera sprawiała, że nieco odcinałam się od wydarzeń w Biełgorodzie. Aśka ukradkiem spoglądała na mnie czy gdzieś tam z oka nie ucieka mi jakaś nieposkromiona łza i czy jakoś się trzymam. Trzymam się… Kurwa… Co tam, że 80% myśli wypełnia mi Dima i jego twarz, kiedy powiedziałam, że nic nie trzyma mnie w Rosji. Przypadkowo ścisnęłam bombkę, którą właśnie trzymałam w ręku. Pękła.
- Co robisz downie?! To nie przyrząd do ściskania, tylko ozdoba choinkowa. – Dżoana trzepnęła mnie ręką po głowie. – Głowa do góry, albo wszyscy się zorientują, jakie przedstawienie tu odstawiasz. – ściszyła głos.

Z przyklejonym uśmiechem do ust skończyłam ubierać choinkę. Z podziwem patrzyłam na swoje dzieło. Zawsze miałam do tego talent, ale w tym roku przerosłam swoje najśmielsze oczekiwania. Drzewko wyglądało pięknie. Było już po 17. Kolacja lada chwila miała się zacząć. Stół był już prawie gotowy. Mama Joanny kładła sztućce przy talerzu dla zbłąkanego gościa. Jeszcze nigdy żaden zbłąkaniec nie przypałętał się do nas w Wigilię, ale jak tradycja to tradycja. Najbardziej znienawidzony moment – życzenia. Zbierało mi się na wymioty od słuchania, żebym ułożyła sobie szczęśliwie życie. Tak mamo i tato, ten skurwiel, którego tak lubiliście już o to zadbał, żebym do końca życia była baaaaaardzo szczęśliwa. Czułam gulę w gardle. Niespodziewanie zabrzmiał dzwonek do drzwi.
- Oooootwooooooooooorzę! – Dżoana jak wystrzelona z procy znalazła się przy drzwiach, a ja szłam usadowić się przy stole, by móc rozpocząć świąteczne wpierdalanko.
- Natala, ktoś do Ciebie! – usłyszałam zbyt podniecony głos Aśki.
Święty Mikołaj? Jestem za stara na takie rzeczy…

Omal się nie przewróciłam, kiedy zobaczyłam, kto stał w progu naszego krakowskiego mieszkania.

Dmitrij.

- Wesołych świąt. Mogę wejść? – uśmiechnął się.



Siemanko! Jakoś tak przyszła wena i jest 9 rozdział. ;) Tym razem dedykuję go Lidce - całusy od Flądry. ;)
Nie wiem, kiedy pojawi się kolejny. Miłego weekendu. ;)
Ps. Wiem, że obywatele Rosji potrzebują wizy, żeby wjechać do Polski. ;) Przyjmijmy, że Dima ma paszport dyplomatyczny. ;)

czwartek, 7 listopada 2013

8.



Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Cały czas siedząc na krześle nieporadnie machałam nogami. Zastanawiałam się, dlaczego obok mnie stoi tylko jedna walizka, skoro przyleciałam z czterema. Czyżbym łudziła się, że jeszcze tu wrócę? Nie… resztę rzeczy Dima odeśle kurierem. Nie spodziewałam się, że moja rosyjska przygoda tak szybko dobiegnie końca. W pracy wzięłam urlop do końca roku, niby ze względu na święta, ale tak naprawdę chciałam sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Dima nie odwiózł mnie na lotnisko. Bez słowa zabrał rano torbę i wyszedł za nim wstałam.

 Kiedy poprzedniego dnia poinformowałam go o swojej decyzji, przyjął ją z wielkim spokojem, co zajebiście mnie zdziwiło. Przecież te jego deklaracje, że chce mi pomóc, że chce o mnie zadbać nie mogły być tylko pustymi słowami… W każdym razie nie chciałam, żeby nimi były.
- Kiedy dokładnie wylatujesz? Zarezerwowałaś już bilety? – usłyszałam spokojny głos Dmitrija.
- Jutro rano. Akurat wyrobię się na wigilijną kolację. – uśmiechnęłam się smutno.
- Aha. Wychodzę na trening. Nie wiem o której wrócę. – rzucił i trzasnął drzwiami.

Mimo urlopu zajęłam sobie cały dzień pracą, żeby przestać o tym wszystkim myśleć. Niestety ślęczenie nad raportami umocniło mnie tylko w jednym – zakochałam się. Nie wiem jak do tego wszystkiego doszło… Ok, mieszkaliśmy razem i spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, ale… Bożeeeee, jestem taka głupia! Nie mogłam tu dłużej zostać. Właśnie ze względu na Dmitrija. Chroń tych, których kochasz. Huczało mi w głowie. Ten-którego-imienia-nie-chcę-wymawiać wciąż pewnie przebywał w mieście i gotów był ponownie zaatakować. Znam go na tyle dobrze, żeby właśnie tego się po nim spodziewać. Nie chciałam narażać nikogo, kogo tu poznałam na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Mimo dwóch miesięcy, które tu spędziłam, to zżyłam się ze wszystkimi ludźmi, których dane mi było poznać bliżej – współpracownikami, kolegami z Biełogorie, z Wadimem, czy Maksimem i Leną. Serce pękało mi na milion kawałków, ale odłożyłam komputer na bok i zaczęłam się pakować.

Wszystko szło mi tak opornie. Nie chciałam stąd wyjeżdżać, ale to była jedyna słuszna decyzja. Jeśli ja wrócę do Polski, on wróci za mną. Wszyscy będą bezpieczni, jeśli On będzie wiedział, że jestem sama, że nie ma przy mnie żadnego mężczyzny. Wszystko wróci do normy…
Dimy nie było cały dzień. Zawsze po rannym treningu wracał do domu, żeby coś zjeść, robił zakupy i szedł na popołudniowe zajęcia, ale nie pojawił się w domu ani na minutę. Wrócił dopiero ok. 22… Pijany. Oby tylko nie było żadnej awantury. – błagałam w myślach. Rzucił swoje rzeczy w przedpokoju przy okazji obijając się o ścianę. Mimowolnie parsknęłam śmiechem przyglądając się całej sytuacji opierając się o oparcie kanapy. Spakowana walizka czekała już gotowa na jutrzejszy wyjazd.
- No i z czego się śmiejesz?! – wybełkotał.
- Ja? Zdawało Ci się. – stałam teraz z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
Dyma podszedł na tyle blisko mnie, że poczułam jego alkoholowy odór aż za bardzo. Nie wytrzymałam i ponownie parsknęłam śmiechem.
- Co za gorzelnia. Nie zdzierżę tego smrodu. Idę spać.
Po jakichś trzech krokach zostałam pociągnięta za rękę, zatoczyłam się i wylądowałam nosem w klatce piersiowej Dmitrija.
- Zostań ze mną. Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Zostań… Proszę… - próbował mówić w miarę składnie, jak na kogoś kto wypił chyba beczkowóz spirytusu (nie wódki, SPIRYTUSU).
- Dima, nie mogę. Jeśli wszystko ma być normalne, to muszę wrócić do Polski. – położyłam swoje dłonie na jego policzkach. Smród spowodowany przez nadmierne stężenie procentów w wydychanym przez niego powietrzu przestał mi w zupełności przeszkadzać.
- Chcesz znów wrócić do tego psychola?! Ciągle go kochasz?! – krzyknął i odepchnął moje dłonie.
- To nie tak, jak myślisz… - nieudolnie próbowałam się tłumaczyć.
- A jak?! – wciąż krzyczał.
- Nie krzycz na mnie. Nie chcę z tobą rozmawiać, kiedy jesteś w takim stanie… - usiłowałam załagodzić sytuację. – To nie ma nic wspólnego z nim. To moja decyzja. Prócz świetnej pracy i kilku osób, która poznałam, to nic mnie tu nie trzyma… - skłamałam.
Kocham cię, ale ty nie możesz o tym wiedzieć…
- Nic? Nic cię tu nie trzyma? – Dima powtarzał jakby nie dosłyszał ostatniego zdania. Wyglądał jakby całkowicie wytrzeźwiał.
- Przykro mi, jeśli chciałeś usłyszeć coś innego…  – dalej brnęłam w swoje gówniane kłamstwo. Gdybym miała ocenić jego głębokość, to byłam w gównie po samą szyję.
Jak najszybciej chciałabym zapomnieć wyraz jego twarzy, jaki wtedy zobaczyłam. Czułam się jakbym co najmniej zabiła mu matkę… Po policzkach spłynęły mi łzy.
- Myślę, że nie mamy już o czym rozmawiać. – odwrócił się i za moment zniknął za drzwiami łazienki.
Stałam jeszcze dłuższą chwilę, zastanawiając się co właśnie się wydarzyło. Brawo, chyba złamałaś mu serce… Już większej szpili wbić się nie dało. Karciłam się. Nie pozostało mi nic innego jak położyć się spać, chociaż wiedziałam, że tej nocy nie zasnę…


- Wadim, myślałem, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Zbliżyliśmy się do siebie. – Dima siedział ze spuszczoną głową.
- Myślisz, że nadal czuje coś do tego skurwiela? – Wadim miał zatroskaną minę.
- Nie mam pojęcia. Ona nie chce o tym rozmawiać… Dostaję tyle sprzecznych sygnałów. Wczoraj powiedziała coś, co całkowicie zbiło mnie z tropu. Kurwa już nie wiem, co mam myśleć. Napaliłem się, jak tylko pokazałeś mi ją na zdjęciu. Praktycznie wepchnąłeś mi ją do łóżka, a ja i tak spierdoliłem. – Dima z niedowierzaniem kręcił głową.
- Przecież to nie twoja wina. Nie miałeś wpływu na jej przeszłość. Co takiego powiedziała? – szef Nataszy czuł się jak psychiatra przyjmujący pacjenta na kozetce.
- Że nic jej tu nie trzyma. NIC. Oczywiście nie licząc pracy. Rozumiesz? A ja głupi miałem nadzieję, że coś z tego wyjdzie. – Dyma schował twarz w dłoniach.
- A nie pomyślałeś, że mogła skłamać, żeby to wszystko ułatwić? A przynajmniej tak myślała, że się stanie. – Wadim chyba powinien dorabiać na słuchawce telefonu dla ofiar nieszczęśliwej miłości. – O której ma samolot?
- Za nieco ponad godzinę. – Dima spojrzał na wyświetlacz telefonu.
- To co ty tutaj jeszcze robisz? – szefo spojrzał na kumpla i wypraszającym gestem wywalił go z gabinetu.


Patrzyłam na wielki zegar, który wisiał w hali odlotów. Sekunda za sekundą. Tik tak, tik tak. Godzina odlotu zbliżała się nieubłaganie. Chwilę temu wygoniłam Lenę i Maksima, którzy przyszli się pożegnać. Chciałam zostać sama. Wiedziałam, że na lotnisku w Krakowie będzie czekała na mnie Dżoana. Nie martw się maleńka, poradzimy sobie ze wszystkim… Cały czas powtarzałam sobie w głowie jej słowa usłyszane wcześniej przez telefon, próbując podtrzymać się jakoś na duchu. Wstałam i zaczęłam ze zniecierpliwienia chodzić wkoło walizki, co drugi krok przykopując w nią nogą. Nawet się ze mną nie pożegnał. Co za chuj…

- Pasażerowie lotu numer 766 do Moskwy proszeni są o zgłoszenie się do odprawy. – z odrętwienia wybudził mnie głos z głośników.

No to żegnaj Biełgorodzie…


Cze! Ósmy rozdział bardzo na szybko z dedykacją dla Dżoany, która wreszcie raczyła zacząć czytać i już truje mi dupsko o nowe części (Kocham Cię Pysiaczku :3). Aha, jak widać, zaczęłam wtrącać też wszystko od strony Dimy. Dobry pomysł? Mam nadzieję, ze nie gubicie się w tym jak skaczę w czasie. ;) Buziaczki!

wtorek, 5 listopada 2013

7.



Przyglądałam się mężczyźnie, który leżał na chodniku. Głowę miał przyciśniętą do ziemi, a ręce boleśnie wykręcone na plecach, gdzie trzymane były w uścisku. Szamotał się i próbował krzyczeć coś składnie po rosyjsku, ale jedynie zrozumiale potrafił powtarzać po angielsku „Fuck off! I’ve just wanted talk with her!”. Ludzie starali się nie zwracać na nas większej uwagi. Może w tym rejonie faceci leżący na chodnikach i wydzierający się byli na porządku dziennym? Chyba nie chciałam tego wiedzieć.
Dima znalazł się przy mnie tak błyskawicznie, że nie miałam szansy jakkolwiek zareagować. Kilka ciosów i Ten-którego-imienia-wolałabym-nie-wymawiać znalazł się na chodniku. Nie zdawałam sobie sprawy, że siatkarz potrafi się tak bić… Przecież jesteś w Rosji.
- Jeszcze raz spróbujesz zbliżyć się do niej na krok, a wbiję ci ten łeb w płytę chodnikową. – Dmitrij wciąż przyciskał jego głowę do ziemi.
- Myślisz, że wystraszę się jakiegoś siatkarzyny? Ona już zawsze będzie moja. Tylko moja. – wysyczał mój były.
Błagam, to się nie dzieje naprawdę…
- Zjeżdżaj stąd, albo za chwilę zjawi się policja. Ona jest żywym dowodem na to, co jej robiłeś przez ostatni czas. Jak myślisz, komu uwierzą? Tobie czy jej? – Dima powoli podnosił się, jeszcze raz tłukąc głową mojego oprawcy, tym razem o chodnik, a potem puścił go. Z rany już nieźle sączyła się krew.
- To nie koniec. Jeszcze się z wami policzę! A ty – spojrzał na mnie z pogardą – jeszcze będziesz błagać mnie na kolanach, żebym przyjął cię z powrotem, mała kurewko! Należysz do mnie! – wykrzykiwał już na całą ulicę, gromadząc niewielką liczbę gapiów.
Dima już ruszał na niego, aby wymierzyć kolejny grad ciosów, ale w ostatniej chwili złapałam go za ramię.
- Nie ma sensu. Zostaw go…
Ten-którego-imienia-wolałabym-nie-wymawiać właśnie znikał za rogiem, wymachując rękoma na wszystkie strony…

Iljinych załapał mnie za rękę i zaczął bez słowa ciągnąć w stronę domu. Dopiero teraz zauważyłam na jego knykciach ślady krwi. Gula w gardle zwiększała się… Nie będę płakać. Nie chcę płakać przez tego skurwiela. Wystarczająco już wycierpiałam… Dość tego… Nie będę. Pierwsza łza mimowolnie popłynęła po moim policzku. Otarłam ją najprędzej, jak tylko potrafiłam, byle tylko Dima niczego nie zauważył.
- Jeszcze jedna twoja łza przelana z jego powodu, jeszcze jeden smutek związany z jego osobą, a przysięgam, że pobiegnę za nim i roztrzaskam jego mordę o pierwszą lepszą rzecz, która nawinie mi się pod rękę. – Dyma zatrzymał się i spojrzał mi prosto w oczu.

Rozpłakałam się. Nic już nie powiedział. Poczułam jak mnie przytula i pozwala się wypłakać. Tyle emocji się we mnie kłębiło. Szok i wstręt, jaki wzbudzał we mnie ten człowiek był nie do opisania. Chyba najbardziej bałam się tego, że znów powtórzy się sytuacja sprzed kilku miesięcy. Przecież już kilka razy uciekałam, odchodziłam od niego, a potem wracałam jak pies z podkulonym ogonem. Jednak dziś coś we mnie pękło. Nie patrzyłam już na niego, jak na kogoś kogo tak szaleńczo kochałam, że pozwoliłam się tak poniżać. Miałam ochotę zrobić mu krzywdę. I pewnie bym to zrobiła, gdyby moje ciało nie zrobiło się odrętwiałe. Nie wiem, co by się stało, gdyby nie było przy mnie biełgorojskiego przyjmującego. Właśnie… Dima… Dlaczego ty mi tak pomagasz? Dlaczego zawsze jesteś blisko? Tak bardzo chciałam się tego wszystkiego dowiedzieć, a z drugiej strony bałam się usłyszeć odpowiedź. Przyjeżdżając tu chciałam uwolnić się od miłości, a nie szukać kolejnej… Nie mogłam sobie na to pozwolić.
- Już mi lepiej. – gwałtownie odsunęłam się od niego.

O co ci chodzi? Zdawał się mówić wzrok Dimy, ale nadal nie odezwał się słowem. Chciałam się na niego wydrzeć, kłócić się, a potem, żeby mnie przytulił i powiedział, że wszystko będzie ok. Ale nie… Pan Zajebisty wolał po prostu przemilczeć całą sytuację, pozwolić wyciszyć się wszystkim emocjom. Dupek.
W milczeniu wróciliśmy do mieszkania. Trzaskając drzwiami zamknęłam się w gabinecie i rzuciłam na lóżko. Dla odmiany łzy wcale nie chciały zacząć płynąć. Normalnie jakbym wypłakała już wszystko co miałam. Im intensywniej się na tym wszystkim skupiałam, tym bardziej zastygałam. Z rozgoryczenia zaczęłam krzyczeć. Poduszkami rzucałam na wszystkie możliwe strony, zbierałam je, a potem z krzykiem wyrzucałam ponownie i tak w kółko. Dima nawet przez moment nie zainteresował się, co się ze mną dzieje. Kurwa. Sama nie wiedziałam, czego od niego oczekuję. Raz chce, żeby był blisko, a za chwilę nie pragnę niczego bardziej, jak spierdolić jak najdalej. Nienawidzę siebie… Miałam sobie poukładać tu życie, a wszystko się popierdoliło. Bezradnie usiadłam na łóżku. Dzień zaczął się tak cudownie, a zakończył tak fatalnie. Dopiero teraz zaczynało do mnie dochodzić, co tak naprawdę się stało.

Moja ucieczka tak naprawdę zdała się na nic. Przez jakieś dwa miesiące starałam się wybudować sobie ochronny kokon, żeby móc się ukryć przed bolesnymi wspomnieniami. Pojawił się Dima, który jest dla mnie taki dobry, i dzięki któremu mogłam odrobinę zapomnieć. I wszystko na marne, bo ON mnie znalazł… Czy tak będzie już zawsze? Położyłam się na łóżku, z telefonem przy głowie. Zawsze w trudnych chwilach ratowała mnie muzyka. Czemu więc nie tym razem? Wsadziłam w uszy słuchawki i włączyłam odtwarzacz. Nie wiem czy to był przypadek, czy po prostu przeznaczenie, kiedy w słuchawkach usłyszałam głos Birdy „Who will love you? Who will fight? And who will fall far behind?”. Łza ponownie zagościła na moim policzku. Skręciłam się w kłębek i mocniej objęłam trzymaną w ramionach poduszkę. Przymknęłam oczy. Rozległo się ciche pukanie i w progu pojawił się Dmitrij. Udałam, że śpię. Nie chciałam teraz z nim rozmawiać. W głowie toczyłam walkę, co dalej robić ze swoim życiem. Przecież on nadal jest w Biełgorodzie… Czy wciąż będzie mnie nękał i straszył? Kurwa… Dima sięgnął po koc leżący na krześle i nakrył mnie nim. Palcem delikatnie wytarł mój mokry policzek. Dłoń pachniała mu mydłem mieszanych z zapachem Dmitrija. Tak bardzo marzyłam, żeby stał się moim ulubionym zapachem już na zawsze. Idiotko… musisz coś z tym wszystkim zrobić.

Rano obudziłam się skostniała. Głowa pulsowała mi z bólu, a oczy były napuchnięte. Był poniedziałek, a ja nie mogłam w takim stanie pojawić się w pracy. Wystarczył jeden telefon i kolejny dzień miałam spędzić tutaj, w mieszkaniu Dmitrija. On sam krzątał się właśnie po kuchni szykując sobie śniadanie. Rozczulił mnie nieco ten widok, kiedy pomyślałam, że może mogłoby już tak zostać na zawsze. Ja i on… pod jednym dachem, ja i ktoś, kogo kocham. Ja i ktoś, kto mnie nie skrzywdzi. Szybko odrzuciłam te myśli o krainie szczęśliwości. Przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę, a on wciąż zachowywał się jakby wcale mnie tam nie było. Zrobił się taki oschły po tym jak gwałtownie odsunęłam się od niego na ulicy. Sama nie wiedziałam co robię, ani kurwa czego chcę. Jednak w nocy udało mi się podjąć decyzję, która miała wszystko zmienić. Decyzję, która miała wywrócić do góry nogami moje i jego życie.
- Dima, wracam do Polski…

Cze! Czyżby siódmy rozdział okazał się pechowy dla Nataszki i Dmitrija? Przepraszam, ze tak krótko, ale pisałam na komputerze, na którym nie lubię pisać. ;))))) buziaki!

piątek, 1 listopada 2013

6.

Rękoma opierałam się o blat, mój iPhone już dawno wypadł mi z ręki. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w jeden punkt, powtarzając jak mantra: to niemożliwe... niemożliwe...
    - Natasza! Spójrz na mnie! Słyszysz?! Co się dzieje?! Mów do mnie!
Po policzkach zaczęły płynąć mi łzy. Z bezsilności, z rozpaczy. Dima delikatnie szarpał mnie za ramiona, żebym wreszcie na niego popatrzyła. Widząc, że nic tym nie może wskórać, rękoma ujął moją głowę, zmuszając mnie do spojrzenia prosto w jego piękne, ciemne oczy.
   - Rozmawiaj ze mną... - wyszeptał przytulając policzek do mojego, tak bardzo mokrego od spływających łez.
   - On wie gdzie jestem... Znów będzie chciał mnie skrzywdzić... Znów...- mówiłam jak w transie.
   - Kto chce ci coś zrobić? Co się dzieje? - Dmitrij wciąż zasypywał mnie pytaniami.

Wtuliłam twarz w jego bluzę, jakbym chciała się w niej ukryć, zatopić. Jego ramiona mocniej zacisnęły się wokół moich pleców. Zaufaj mu. On chce ci pomóc. On nie jest taki jak... Moje myśli krążyły po głowie jak szalone.
   - Uciekłam z Polski przez mężczyznę... To był toksyczny związek... - zbyt intensywnie wpatrywałam się teraz w moje stopy, jakbym sekundę temu odkryła, że je posiadam. - Pewnie zauważyłeś tę szramę na udzie, kiedy zdjąłeś ze mnie sukienkę, gdy byłam zalana w trupa...
   - Widziałem tego więcej... - odpowiedział, a ja ze zdumienia jeszcze szerzej otworzyłam oczy.
   - Jak...jak mogłeś... Nie powinieneś... - zaszlochałam.
Dmitrij już nie odpowiedział. Znów mocniej mnie przytulił. Czułam przez bluzę, jak rytm jego serca stopniowo zwalnia, jakby się uspokajał. Moje wciąż biło jak opętane...
   - Pomogę ci. Słyszysz? Ze mną jesteś bezpieczna. - nigdy jeszcze nie słyszałam takiej stanowczości w jego głosie.
Odsunęłam się od niego, próbując ponownie spojrzeć w te pełne ciepła oczy.
   - Dima... nie wiesz co mówisz. On jest zdolny do wszystkiego. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby komuś coś się stało! Muszę wrócić do Polski... Nie ma innego wyjścia. - odsunęłam się jeszcze bardziej.
   - Nigdzie się stąd nie ruszysz! - wrzasnął na mnie, łapiąc za nadgarstek i siłą przyciągając z powrotem do siebie. - Daj sobie pomóc, do cholery!
Tu jest tak bezpiecznie... W jego ramionach...
  - Czemu tak bardzo ci na tym zależy? Nie znasz mnie... Nie wiesz jaka jestem. Nawet nie wiesz, jaki jest mój... - nie zdążyłam dokończyć zdania. Dima przyłożył swój palec do moich ust, rzucając krótkie „Zamknij się”.

Jego palec zaczął wodzić po mojej linii szczęki. Zmrużyłam oczy i przechyliłam mimowolnie głowę, poddając się temu pieszczotliwemu gestowi. Chwilę później jego usta musnęły moje. Tak delikatnie... Zbyt delikatnie...Otworzyłam oczy. Wpatrywał się we mnie z lekkim półuśmiechem, czekając na to co zrobię. Zarzuciłam ręce na jego szyje, wczepiając palce w jego włosy. Stanęłam na palcach, żeby zniwelować te 30 centymetrów różnicy wzrostu... i wpiłam się w jego usta. To nie był zwykły pocałunek, ale krzyk. Krzyk o pomoc, o zrozumienie... Ból rozdzierał moją klatkę piersiową, głowę... W płucach brakło powietrza. Żadne nie zwalniało. Nasze języki prowadziły ze sobą walkę, ale zupełnie tak jakby wszystko było częścią planu. Dłonie Dmitrija błądziły po moim ciele. Cofałam się powoli do tyłu, kiedy napierał na mnie co raz bardziej, póki moje plecy nie przywitały się ze stołem. Sekundę później Iljinych chwycił mnie w pasie i posadził na meblu. Nogami oplotłam jego biodra przyciskając mocniej do siebie. Moje ręce poznawały teraz każdy zarys jego mięśni, które chowały się pod klubową bluzą... Poczułam jak jego palce sprawnie radzą sobie z guzikami mojej bluzki...
Nie, nie, nie... blizny. NIE! Nawet nie wiem kiedy to ostatnie „nie” wypadło z moich ust. Dima odsunął się ode mnie jak poparzony.
   - Przepraszam. Nie powinienem... - wyszeptał odwracając głowę w stronę okna.
   - To nie twoja wina. To ja jestem nienormalna. Nie ty... - z trudem powstrzymywałam drżenie rąk, gdy zapinałam z powrotem guziki.
Dima ponownie spojrzał na mnie. Nie wiem dlaczego tak bardzo chciał się o mnie troszczyć. Nigdy nikt tak na mnie nie patrzył.
   - Nie przyglądaj mi się tak. Zawstydzasz mnie. - odwróciłam wzrok.
   - Pozwól mi o siebie zadbać.... - wyszeptał, a potem pochylił się by znów delikatnie mnie pocałować.

Leżałam w łóżku, przyglądając się wiszącej nade mną lampie. Kręciłam się z boku na bok, usiłując zasnąć. Zaraz wywiercisz głową dziurę w poduszce debilko. Skarciłam się w myślach. Ciekawe czy Dima śpi... Podniosłam się i w zamyśleniu pokierowałam w stronę kuchni. Ledwo moje stopy zrobiły kilka kroków w ciemnym korytarzu i na coś wpadłam. A raczej na kogoś...
   - Też nie możesz spać? - uśmiechnął się.
   - Wstałam tylko po szklankę wody. - skłamałam.
Nataszka, ty śmierdzący kłamczuszku.
   - Przecież widzę, że nie zmrużyłaś oka... Chodź! - złapał mnie za rękę i siłą zaciągnął do swojej sypialni. - Dziś śpisz ze mną. Daję ci gwarancję nietykalności. - mrugnął

Nie miałam siły mu się sprzeciwiać. Byłam taka zmęczona. Dyma wtulił się w moje plecy, jedną moją dłoń zamknął w swojej... Była taka duża, a jednocześnie miękka. Palce miał smukłe jak u pianisty, a nie siatkarza. Odpłynęłam...

Przebudziłam się kilka godzin później. Po sypialni tańczyły promienie słońca, które odbijały się od śniegu leżącego na parapecie. Dmitrij wciąż spał. Jego ręka nadal spoczywała w moim pasie, lekko zaciśnięta, jakby cały czas pilnował, żebym gdzieś nie uciekła. Pogłaskałam go z czułością po policzku i podniosłam się łóżka, jak najwolniej, żeby tylko go nie obudzić. Ufff... udało się. Śpi jak zabity...
  - Dokądś się wybierasz? - usłyszałam będąc w progu.
  - Czy już nawet nie mogę iść do łazienki? - naburmuszyłam się i wyszłam. Dima nadal miał zamknięte oczy...

Niedziela zapowiadała się leniwie. Marzyłam o spędzeniu dnia na kanapie, bez przejmowania się czymkolwiek. Moje myśli ciągle krążyły wkoło jednego zdania. On wie, gdzie jesteś... Wie gdzie jesteś... Skąd ten skurwiel dowiedział się, gdzie przebywam. Tylko kilka najbliższych mi osób wiedziało dokąd wyjechałam. Prywatność mojego konta na FB była ustawiona do granic możliwości. Dyma nie prowokował mnie do rozmowy. Może to i lepiej, bo miałam ochotę na sprzeczkę. Chciałam na kimś wyładować swoją frustrację, obwinić za swoją sytuację. Dobrze wiem, jak mocno bym tego później żałowała...

Znów odpłynęłam. Kiedy się obudziłam, Dima siedział na kanapie i oglądał telewizję. Moje nogi zarzucił sobie na swoje i wodził palcami po moich łydkach.
   - Chodźmy na spacer. Potrzebujesz tlenu. Za dużo śpisz. - łypnął na mnie.
Miał rację. Jak zwykle. Cholerny Pan Doskonały. 10 minut później już spacerowaliśmy w pobliskim parku. Znów gadaliśmy o jakichś pierdołach. Ten facet potrafił sprawić, że czułam się bezpiecznie. Zapominałam przy nim o wszystkich problemach. Spacer był tak przyjemny, że zawędrowaliśmy jakieś 5-6 kilometrów od domu.
   - Poczekasz chwilę? Skoczę po coś do picia. - Iljinych spojrzał na mnie, kiedy mijaliśmy spożywczy.
Odpowiedziałam mu skinieniem głowy i już zniknął za drzwiami sklepu.
   - Ładnie sobie poczynasz. Ledwo dwa miesiące minęły a ty już masz nowego fagasa. - czyjaś dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku, boleśnie wykręcając mi rękę do tyłu.
On.
Znalazł mnie...


Uszanowanko! 6 rozdział z dedykacją dla Justyny. Dzięki, że tak mi trujesz, żebym szybciej dodawała kolejne ;D